Jadę. Po synka. Za trzy dni kończy pięć lat. Wakacje powoli odchodzą. Lato za miesiąc zacznie przechodzić w złoto-purpurową jesień. Słońce już nie praży. Zmęczyło się trochę. Cały świat jeszcze zieleni się w jego promieniach, ale mocniejsze porywy wiatru zaczynają już zrywać z drzew pierwsze pożółkłe liście. Pisanie bloga miało pauzę. Codzienne pisanie.

Wiele się wydarzyło przez te dwa miesiące. Dużo czasu z moją Miłością. Wyjazd rodzinny, o którym miałem coś napisać. Chyba już nie napiszę. Poznałem brata Aguni i Kaśki i jego dwóch synów. Polskie morze w wietrzne, chłodne dni, żubry w Wolińskim Parku, skoki przez dwumetrowy parkan, kolacja z widokiem na zachodzące słońce, zagubiony starszy syn, ja razem z nim, trzymając w jednej dłoni rękę młodszego, w drugiej ukochanej kobiety. Radość Lucjanka na widok morza i jego niemoc chwilę później, niedoszła parada Wikingów i ciepła, serdeczna wizyta w Rokicie u Cioci Ewy i Babci. Gniewko na rękach. Pogoń za zagubioną torbą. Tęskniący Marcyś. I ja. Taki nieposkładany, pełen tęsknot i pragnień, wkurwu i smutku. I miłości.

Wizyta mojej siostry. Zaczyna swoją własną drogę do uzdrowienia duszy. Jestem z niej dumny. Malutka Julcia, złoty człowiek, wspaniała, ciepła dziewczyna, która pragnie tylko trochę wzajemności w tym, co chciałaby dać…

Tydzień temu Ed Sheeran we Wrocławiu. Bilety kupione rok temu. Prezent urodzinowy. Nie znałem tej muzyki. I bardzo dobrze się stało. Koncert mnie uskrzydlił. Ten człowiek to piękna dusza, nie zepsuta szmirą i pieniędzmi…. Wspaniałe widowisko a na scenie normalny, zwyczajny chłopak, szczery i prawdziwy w tym, czym się podzielił przez te ponad dwie godziny.

Jadę. Po synka. Za trzy dni kończy pięć lat. Lucjanuś odchodzi. Boi się. Ja też się boję. Boję się, że nie wytrwam. Że coś we mnie pęknie i zamiast być wsparciem, będę ciężarem. Dzisiaj wstałem o czwartej, wsiadłem w samochód i pojechałem. Zanim wyszedłem, pożegnałem się z Agunią, pogłaskałem go, ale spał. Marcyś patrzył na mnie tym swoim mądrym, kocim spojrzeniem, jakby wiedział, jak mi ciężko. „Trzymaj się, chłopie. Ja też czasami muszę zostać sam. Rozumiem, co czujesz…” Wyszedłem. Zamknąłem drzwi na klucz. Czeka mnie chyba najtrudniejszy czas, od kiedy poznaliśmy się ze Słoneczkiem. Kroki na schodach, echo w ciszy śpiącego bloku. A zza drzwi drapanie. Przemknęła mi przez umysł myśl, żeby wrócić. Kolejny krok w dół. I przekręcany zamek. Szybciutko, przytulam Lucjanka. To Anioł. I odchodzi już. Mamy wspólne pragnienie – być wsparciem i radością dla tej wspaniałej Istoty, która otoczyła go opieką i miłością. Cholernie się boję.

Czekałem na pociąg na dworcu we Wrocławiu. Założyłem słuchawki. Włączyłem Eda. Mijał mnie tłum ludzi. Jedni się uśmiechali, inni gdzieś pędzili, szukając skrótu w ścieżkach pomiędzy ludźmi. WIele smutnych, umęczonych życiem osób. Zaglądałem im w oczy, poszukując siebie w tym pośpiechu, w tej radości i smutku. Kołysałem się w rytmie melodii i byłem częścią wszystkiego, co mnie otacza. Kropla w oceanie. Melodia nadal mi towarzyszy, kiedy to piszę. „Loving can hurt sometimes…. it’s the only thing makes us feel alive…” Bez miłości nie ryzykujemy bólu straty. Taki ból może poczuć tylko ktoś, kto kocha. Myślę, że to ogromne błogosławieństwo, móc poczuć ten ból. Bo oznacza, że mieliśmy dla kogo żyć. Bez tego nasze życie nie ma sensu. Życie dla samego siebie.

„Loving can heal, loving can mend your soul…” Taki jest Ed. I taka jest miłość. Moja do Ciebie. Twoja do Lucjana. A zdjęcia nam o tym przypomną. Że było, kurwa, warto!

Jadę. Tęsknię. Boję się. Kocham. Jestem.

Jest 21:30. Nadal jadę. W przerwach pomiędzy towarzyszy mi ta sama piosenka. I dopiero teraz odkryłem, że to piosenka o powrocie do domu. A ja wrócę do domu w sobotę. Do tego czasu będę pamiętał. Oczy, pocałunek, nos, ucha, paputki, kocanki, o’Pieski. Jadę. Wracam do domu, za każdym razem, kiedy z niego wychodzę, zaczynam wracać….

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *